Zatracenie - Katarzyna Berenika Miszczuk | Recenzja



Na samym wstępie muszę to napisać: żyję i mam się dobrze, po prostu ostatnimi czasy czytałam głównie to, na co miałam ochotę, bez presji premier i planów. Ale obok tej książki po prostu nie mogłam przejść obojętnie. „Zatracenie” samo mnie do siebie przyciągnęło, a ja nawet nie próbowałam się bronić.

Już nie raz wspominałam, że książki Katarzyny Bereniki Miszczuk, niezależnie od serii sprawiają, że czuję się jak w domu. I to jest jedno z najpiękniejszych uczuć, jakie może dać literatura. Ten komfort, znajomy styl, humor i bohaterowie, których się lubi od pierwszych stron to jest nie do podrobienia. Tytuł „Zatracenie” idealnie oddaje charakter drugiego tomu przygód Ewy i Adama - bo tutaj naprawdę łatwo się zatracić, zarówno w fabule, jak i w emocjach.

W tej serii jest wszystkiego po trochu. Mamy Mnichówkę, Bieszczady, klimat, który otula jak ciepły koc i daje poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie pojawiają się japońskie wierzenia i motywy, które… no właśnie wywołują u mnie lekki love-hate. Z jednej strony słowiańska otoczka to mój absolutny numer jeden i zawsze będzie mi najbliżej do tego folkloru, a z drugiej jednak strony wszystkie japońskie wtrącenia robiły na mnie ogromne wrażenie, ale zarówno ciężko mi było je dopasować. Bo to nie są przypadkowe inspiracje. Między wierszami widać solidny research, wiedzę i świadome budowanie świata, a nie tylko zabawę motywami. Dlatego typowo dla mnie oznaka love-hate.

Czytałam tę historię z ogromną lekkością. Po prostu płynęłam z fabułą. Wydarzenia są żywe, dynamiczne, a nuda? Nie ma na nią miejsca. Do tego dochodzi coś, co w książkach Miszczuk uwielbiam najbardziej - humor. Naturalny, nienachalny, czasem ironiczny, czasem lekko bezczelny, ale zawsze trafiający w punkt. Ta historia potrafi być jednocześnie lekka i złożona, zabawna i emocjonalna, co nie jest wcale takie oczywiste.

Dwa wieczory i książka była przeczytana. I co ważne: ani przez chwilę nie miałam poczucia straconego czasu.

Oczywiście pikanteria również robi swoje. Emocje kipią, napięcie rośnie, a policzki potrafią się lekko zaróżowić. Autorka wie, jak podkręcić atmosferę, ale nie przekracza granicy bo wszystko jest dokładnie tam, gdzie powinno być. A Ewa? To bohaterka, która naprawdę mnie kupuje. Odważna, samodzielna, świadoma siebie. To nie jest dama w opresji, którą trzeba ratować na każdej stronie, choć oczywiście… nie zaszkodzi od czasu do czasu rzucić na nią okiem.

Nie będę oszukiwać: moją serią numer jeden nadal pozostaje „Kwiat Paproci”, ale historia Ewy i Adama również wprowadza mnie w ten charakterystyczny, błogi stan czytelniczej przyjemności. I zdecydowanie mam ochotę na więcej.

Opinia powstała w ramach współpracy barterowej z wydawnictwem Mięta.